TheGreatWar.pl
← Oś czasu

Kluczowe wydarzenie

Australijczycy zdobywają Hamel

Kategoria:
Działania zbrojne
Front:
Front zachodni
Data:
4 lipca 1918
Autor:
Łukasz Skowroń
Bitwa:
Bitwa pod Hamel
Tagi:
Australia, Stany Zjednoczone, czołgi, lotnictwo

4 lipca 1918 roku, w amerykańskie Święto Niepodległości, o 3.10 rano dziesięć batalionów Korpusu Australijskiego generała Johna Monasha, cztery kompanie amerykańskiej 33 Dywizji i sześćdziesiąt brytyjskich czołgów Mark V ruszyło za wałem ogniowym na niemieckie pozycje przy wsi Hamel na południowym brzegu Sommy, około 20 kilometrów na wschód od Amiens. Około 4.45 cała wyznaczona linia, od Sommy po rzymską drogę pod Villers-Bretonneux, była w rękach sprzymierzonych. Monash pisał później, że „wszystko skończyło się w 93 minuty” i że żadna bitwa, którą znał, „nawet Messines”, nie przebiegła tak gładko i tak dokładnie według rozkładu. Do wieczora do niewoli trafiło około 1500 Niemców. Według australijskiego historyka oficjalnego Charlesa Beana było to najbardziej udane natarcie sprzymierzonych od początku wielkiej ofensywy niemieckiej w marcu, a zarazem pierwszy raz, gdy żołnierze amerykańscy nacierali ramię w ramię z Australijczykami.

Ostatnie godziny przed atakiem

Ten dzień zaczął się właściwie od kłótni. Rano 3 lipca, gdy australijskie bataliony z przydzielonymi im plutonami amerykańskimi siedziały już w okopach naprzeciw Hamel, przyszedł rozkaz naczelnego dowódcy amerykańskiego, generała Johna Pershinga, by wycofać sześć z dziesięciu kompanii, bo jego żołnierze nie skończyli jeszcze szkolenia. Australijczycy musieli w pośpiechu przestawić szyki, a 11 Brygada zamiast z prawie 3 tysiącami ludzi szła teraz do ataku z około 2200. Według historii australijskiego 16 batalionu Amerykanie przyjęli rozkaz z wściekłością i byli bliscy odmowy jego wykonania. Około 16.00 nadszedł rozkaz wycofania także pozostałych czterech kompanii. Monash oświadczył dowódcy 4 Armii, generałowi Henry’emu Rawlinsonowi, że jest za późno, że bez Amerykanów musiałby odwołać natarcie i że jeśli nie dostanie wyraźnego zakazu do 18.30, piechota i artyleria będą już w drodze na stanowiska. Rawlinson pozwolił czekać do 19.00. Tuż przed tą godziną marszałek Douglas Haig, który dopiero wracał z Paryża, zdecydował, że atak ma się odbyć zgodnie z planem, nawet jeśli części Amerykanów nie da się wycofać.

O 18.00 bataliony dostały telegram z godziną natarcia: 3.10. Wiele z nich dało żołnierzom drugi gorący posiłek około północy, co Amerykanie z uznaniem odnotowali w swoich relacjach. Noc była niezwykle cicha. O 22.30 czołgi z przyciszonymi silnikami ruszyły z sadów pod Fouilloy i Hamelet i między 23.45 a 1.15 stanęły na linii zbiórki, około 800 metrów za frontem. Tam czekali na nie przewodnicy z piechoty, którzy wyznaczyli taśmami drogę do batalionów. W tym czasie patrole wycinały przejścia we własnych zasiekach, a oficerowie wywiadu i saperzy rozciągali taśmy linii wyjściowej. Między północą a 1.45 kompanie wyszły z okopów i położyły się w trawie i zbożu, miejscami sięgającym do pasa. Dowódca 15 batalionu, pułkownik McSharry, weteran wielu bitew, zapamiętał, że żołnierze przesuwali się na swoje miejsca „jak cienie”. Jeden z amerykańskich plutonów opisywał: „Gdy ustawiliśmy się z nałożonymi bagnetami, wszyscy byliśmy zdenerwowani (…), ale gdy dotarliśmy na miejsce, położyliśmy się i wkrótce zapomnieliśmy, że mamy iść do ataku. (…) Szybko zasnęliśmy”. Wbrew zwyczajom australijskiej piechoty rozdano każdemu po łyku rumu.

Przez całą noc nad frontem krążyły bombowce 101 Dywizjonu Royal Air Force. Każdy pilot wykonał co najmniej trzy loty i dywizjon zrzucił 350 bomb na Hamel i dolinę za wsią. Gdy jeden samolot odlatywał, nadlatywał następny, a ich warkot, celowo głośny, miał zagłuszyć czołgi. Raz flara spadochronowa zawisła na kilka minut tuż nad linią zbiórki czołgów, ale Niemcy niczego nie zauważyli. Jeden z jeńców opowiadał potem, że nocne loty wzbudziły pewne podejrzenia, ale nikt nie przypuszczał, że mają ukryć warkot czołgów.

Godzina zero

O 3.02 australijska artyleria rozpoczęła zwykły poranny ostrzał, który od dwóch tygodni powtarzała o tej porze, mieszając pociski burzące, dymne i gazowe. Tego dnia nie było w nim gazu, ale Niemcy, przyzwyczajeni do gazu przy każdym dymie, nakładali maski, na co Monash liczył. W tej samej chwili sześćdziesiąt czołgów ruszyło pełnym gazem na ostatnie 800 metrów. Tylko pod Pear Trench niemiecki oficer usłyszał w zbożu ruch i kazał żołnierzom stanąć w gotowości, a na południowym skrzydle, gdzie moździerze przedwcześnie zaczęły stawiać zasłonę dymną, Niemcy wystrzelili czerwone rakiety alarmowe. Na zegarkach była 3.10 (według słońca, bez czasu letniego, dopiero 2.10), gdy z nagłym przyspieszeniem ognia spadł główny wał ogniowy.

Ogień był niezwykle celny, choć baterie prawie nie mogły się wstrzeliwać, by nie zdradzić planu. Amerykański kapitan Carroll Gale z 131 pułku pisał po wojnie, że wybuchy pocisków kalibru 18 funtów tworzyły „niemal prostą linię od Sommy aż tak daleko na południe, jak sięgał wzrok”. Każde działo zaczęło od pocisku dymnego. Pociski z dział polowych padały 200 jardów przed piechotą, pociski haubic dalej, a pociski ciężkich haubic jeszcze dalej. Karabiny maszynowe czterech dywizji ostrzeliwały teren przed natarciem, głównie z boku, z północnego brzegu Sommy. Piechota wstała i według Beana, zapalając papierosy, z karabinami na ramieniu, jak na marszu, podeszła do linii wybuchów, która po czterech minutach miała zrobić pierwszy skok.

Kilka dział strzelało jednak za krótko. Na styku 4 i 11 Brygady pierwsze pociski spadły na sekcję Amerykanów i sekcję plutonu porucznika Canawaya z 43 batalionu, zabijając lub raniąc prawie wszystkich. Na lewym skrzydle 15 batalionu własne pociski zabiły kilkunastu ludzi i raniły około trzydziestu. Te same działa strzelały za krótko aż do końca, ale australijska piechota nauczyła się ich unikać. Canaway prowadził resztę plutonu tak blisko głównego wału ogniowego, że błędne pociski wybuchały za nimi.

Pear Trench

O 3.14, gdy wał ogniowy ruszył, było jeszcze prawie zupełnie ciemno. Dym z pocisków i kurz z suchej ziemi tworzyły tak gęstą zasłonę, że nawet doświadczeni żołnierze nie widzieli linii wybuchów i szli na kompas, a czołgi miały kłopot z utrzymaniem kierunku. Najostrzejsza walka rozegrała się w środku, pod niemieckim szańcem, który Australijczycy z powodu kształtu nazywali Pear Trench („okop gruszka”). Wał ogniowy przeskoczył zasieki i okop, a trzy przydzielone do niego czołgi zgubiły się w ciemności. Kompania kapitana Cartera z 15 batalionu (Queensland i Tasmania) wpadła na zwoje drutu kolczastego pod ogniem karabinów maszynowych, a Carter padł z oboma złamanymi nogami.

Według planu piechota miała w takiej sytuacji położyć się i wezwać czołg. Czołgu nie było, więc Australijczycy poradzili sobie po swojemu. W każdym plutonie były dwa karabiny maszynowe Lewis, a strzelcy, stojąc i strzelając z biodra ponad wysokim zbożem, uciszyli niemieckie stanowiska. Gdy kompania rzuciła się na dwa karabiny maszynowe, z lewej odezwał się trzeci. Szeregowy Henry Dalziel, drugi celowniczy w obsłudze Lewisa, kierowca z oddziału taborowego, który zgłosił się do ataku na ochotnika, rzucił się na niego z rewolwerem, zastrzelił dwóch Niemców i zdobył stanowisko. Ranny w rękę, z odstrzelonym palcem, nie zszedł z pola. Dwukrotnie przechodził przez otwarty teren po amunicję zrzuconą z samolotów, aż został ciężko ranny w głowę. Przeżył i otrzymał Krzyż Wiktorii. Nieco dalej na północ, na skrzydle 43 batalionu, gdy niemiecki karabin maszynowy zabił porucznika Brooka, australijski strzelec Shaw strzelał z biodra do obsługi, a amerykański kapral Henry Zyburt z Chicago wpadł na stanowisko i zakłuł bagnetem trzech Niemców. Pluton Canawaya przeskoczył okop i wziął cztery karabiny maszynowe jeszcze w pokrowcach.

W samym szańcu walka była zacięta i chaotyczna. Część Niemców podnosiła ręce, a inni za nimi wciąż rzucali granaty. Rozwścieczeni stratami żołnierze z Queenslandu zabijali wtedy obrońców bez litości. Amerykański kapitan Mallon naliczył czterdziestu zabitych Niemców na bardzo małym odcinku. Po oczyszczeniu Pear Trench 15 batalion dogonił wał ogniowy, a na linii dziesięciominutowej przerwy wreszcie nadjechały jego czołgi.

Lasy Vaire i Hamel

Na południe od Pear Trench 16 batalion z Australii Zachodniej szedł na lasy Vaire i Hamel, jedną z trzech głównych przeszkód. Atakował połową sił, jakie pierwotnie planowano, bo obie przydzielone mu kompanie amerykańskie, razem 500 ludzi, wycofano poprzedniego wieczoru. Przy zasiekach przed redutą zwaną Kidney Trench niemiecki karabin maszynowy śmiertelnie ranił dowódcę kompanii, kapitana Woodsa, i jego sierżanta i wybił obsługę Lewisa. Starszy szeregowy Thomas Axford, robotnik z Coolgardie, podbiegł do przodu, obrzucił stanowisko granatami, wskoczył do okopu, zabił dziesięciu Niemców i sześciu wziął do niewoli. Potem wyrzucił karabin maszynowy na przedpiersie i zawołał pluton do ataku. On także dostał Krzyż Wiktorii. Wielu Niemców w tym rejonie, jak zanotowali dowódcy 14 i 16 batalionu, miało na twarzach maski gazowe, co bardzo ułatwiło walkę. Wielu jeńców było bardzo młodych.

W lesie czołgi mogły posuwać się tylko główną przesieką, więc 16 batalion przedzierał się przez zarośla sam, strzelając w marszu z biodra i spędzając uciekających Niemców pod własny ogień artylerii. W północno-wschodnim rogu lasu Hamel sztab niemieckiej kompanii bronił się do końca, obsadzając okopy sanitariuszami, gońcami i plutonem odwodowym, aż pocisk fosforowy podpalił jego schron. Batalion wziął w lasach około 400 jeńców i przed 6.00 skończył je oczyszczać. 13 batalion z Nowej Południowej Walii miał obejść las od południa i dojść do grzbietu za nim. Jego żołnierzom powiedziano przed bitwą, by traktowali las jak młyn w rugby, a sami biegli wokół niego jak łącznik. Kapitan Marper, prowadzący to obejście, zdobył jedno gniazdo karabinu maszynowego, ale za nim natrafił na starannie zamaskowany okop, którego nie było na zdjęciach lotniczych. Było już jasno. Marper podbiegł do nadjeżdżającego czołgu z barwami 13 batalionu na pancerzu i wskazał mu cel. Został postrzelony w pierś i ramię, ale czołg rozjechał jedno stanowisko, a obsługa drugiego się poddała.

Wieś Hamel

Na północy wieś Hamel zdobywał 43 batalion z Australii Południowej, a połowy 44 batalionu z Australii Zachodniej obchodziły ją z obu stron. Na tym odcinku czekało na wezwanie około trzydziestu czołgów. Pierwsze minuty i tu przebiegły bez nich. Przed zachodnim skrajem wsi, oświetlonym przez płonący dom, Niemcy strzelali zza sterty buraków. Kapitan Cope wysłał porucznika Symonsa z amerykańskim plutonem w obejście wzdłuż drogi, po czym Australijczycy i Amerykanie rzucili się na stanowisko ze wszystkich stron, zabili piętnastu Niemców i wzięli do niewoli około czterdziestu. Gdy Symons został ranny, plutonem Amerykanów dowodził do końca australijski szeregowy Anderson, jedyny poza nim doświadczony żołnierz w tym oddziale. W lasku Notamel, na północ od wsi, gdzie niemiecka linia była silnie obsadzona, sierżant podszedł do czołgu, pociągnął za uchwyt dzwonka z tyłu wozu i gdy otworzyły się drzwi, wskazał załodze karabin maszynowy. Czołg według jednej z relacji „pojechał prosto i go wymazał”. Na skrajnej lewej flance, przy bagnach Sommy, 42 batalion szedł zgodnie z planem, a czołgi przy drugim skoku wału dogoniły piechotę.

Po dziesięciominutowej przerwie 43 batalion z czołgami wszedł do wsi. W piwnicach i schronach znaleziono około 300 Niemców, z których niektórzy dopiero wtedy dowiedzieli się o ataku. Starszy szeregowy Schulz, wyznaczony do szukania dokumentów, wypatrzył wcześniej na zdjęciach lotniczych ślad zakopanego kabla. Poszedł za nim z dwoma mówiącymi po niemiecku Amerykanami do schronu w północnej części wsi i przyjął tam kapitulację dowódcy niemieckiego batalionu z całym sztabem. Trzy czołgi zostały we wsi i na jej skraju unieruchomione, dwa trafione pociskami, a jeden przewrócony. Około 7.00 kapitan Cope wystrzelił trzy zielone rakiety, sygnał „Hamel oczyszczone”. Kapitan Moran, 44-letni oficer, który niedawno przybył z Australii, wspiął się na krokwie domu na wschodnim krańcu wsi i zatknął tam, dla zakładu, małą francuską flagę.

Na płaskowyżu

Na prawym skrzydle, na płaskowyżu na północny wschód od Villers-Bretonneux, dwa bataliony 6 Brygady z Wiktorii szły za doskonałym wałem ogniowym. Czołgi dogoniły piechotę przy pierwszym niemieckim okopie i ostrzelały go wzdłuż, a zasłony dymne oślepiły Niemców tak, że ich placówki dostrzegały Australijczyków dopiero, gdy ci byli tuż przed nimi. Dowódcy 23 batalionu meldowali, że był to „najlepszy wał ogniowy, za jakim szliśmy”. Najtrudniej było na samym skraju, przy rzymskiej drodze, gdzie 25 batalion z Queenslandu atakował bez czołgów. Z dwóch plutonów szturmujących niemieckie stanowisko na południe od drogi tylko dziewięciu ludzi doszło do celu bez ran. O 4.20 Niemcy kontratakowali ich z dwóch stron i dopiero pluton przysłany z sąsiedniej kompanii przechylił walkę na granaty. Potem Niemcy zaczęli się poddawać grupkami po dwóch i trzech, a raz dziesięciu, z odległości do 350 jardów. Batalion stracił 93 ludzi, ale wziął 92 jeńców. Na tym skrzydle cel osiągnięto, zanim wał ogniowy doszedł do linii przerwy.

Czołgi, samoloty i nowa linia

W drugiej fazie, po świcie, czołgi w pełni pokazały, co potrafią. Szły w samym skraju wału ogniowego, który składał się teraz głównie z szrapneli, niegroźnych dla ich pancerzy, ostrzeliwały gniazda karabinów maszynowych ogniem kartaczowym, a całe linie schronów i dołów strzeleckich wzdłuż skarp i wąwozów rozjeżdżały swoim ciężarem. Obserwator na wzgórzach na północnym brzegu Sommy zanotował o 4.45: „Czołgi wszędzie za Hamel. Za lasem Vaire”. Jeden czołg widziano, jak przesuwał się do przodu i do tyłu „jak żelazko gospodyni”, wygniatając niemiecki schron. W tym samym czasie samoloty 3 Dywizjonu Australian Flying Corps przelatywały nad linią, sygnalizując piechocie, by zapaliła flary. Flary zapłonęły wzdłuż całej linii celów, a lotnicy zrzucili mapy z ich położeniem w sztabie 4 Dywizji. Około 5.30 większość czołgów zawróciła. Z sześćdziesięciu tylko trzy nie dotarły do celów, a do 11.00 prawie wszystkie wróciły na miejsca zbiórki kilka kilometrów z tyłu. W ich załogach było tylko trzynastu zabitych i rannych.

Na zdobytej linii piechota kopała okopy. Tam, gdzie były niemieckie okopy, zajmowano je. Cztery czołgi transportowe przywiozły do wyznaczonych punktów drut kolczasty, paliki, blachę, wodę, granaty i amunicję. Gdy dowódca 13 batalionu, pułkownik Marks, dotarł wcześnie rano na miejsce batalionowego składu za lasem Vaire, zastał je zawalone skrzyniami. „To z naszego czołgu, sir” – usłyszał od żołnierza. Ładunki czterech czołgów zastąpiły według obliczeń oddziały tragarzy liczące około 1200 ludzi, a część dowódców uznała to za najważniejszą lekcję bitwy. Od 6.00 dwanaście samolotów 9 Dywizjonu RAF z lotniska w Poulainville, przelatując na wysokości około 300 metrów, zrzucało na brązowych spadochronach skrzynki amunicji dla karabinów maszynowych, tam, gdzie obsługi rozłożyły na zbożu wielkie białe litery „V”. Każdy samolot wykonał średnio cztery loty. Zrzucono 93 skrzynki, czyli 111 600 naboi. Dwie skrzynki zawisły na drzewach lasu Accroche po stronie niemieckiej, a większość spadła dalej od celu niż planowano, ale piechota uznała, że ta metoda ma przyszłość. Jeden samolot się rozbił, według części relacji po tym, jak spadochron zaplątał się w skrzydło, według innych trafiony pociskiem; pilot i obserwator zginęli. Później zestrzelono jeszcze jeden.

Około 9.30 większość brytyjskich samolotów odleciała i na godzinę lub dwie niebo opanowali Niemcy. Ponad trzydzieści ich maszyn naraz nurkowało nad nowymi stanowiskami, zrzucało bomby i ostrzeliwało piechotę, a obserwatorzy kierowali ogień artylerii na Hamel. Wieś była od 9.00 silnie ostrzeliwana, ale do tego czasu niemiecka artyleria, zwalczana przez brytyjskie i francuskie baterie i niepewna, gdzie są Australijczycy, była prawie nieszkodliwa. Ranni tak szybko trafiali na tyły, także na wracających czołgach, że przy punkcie ładowania zabrakło karetek, a dowództwo sanitarne 4 Dywizji ściągało wozy konne i nawet wozy pontonowe saperów. Wśród żołnierzy powtarzano: „Gdzieś tu jest haczyk, za łatwo to poszło”. W okopach panował beztroski nastrój. Porucznik z 14 batalionu słyszał, jak jego ludzie, kopiąc pod ogniem, kłócili się, czy w sobotę drużyna futbolowa Fitzroy pokona Carlton.

Po drugiej stronie

Natarcie spadło na dwie niemieckie dywizje, które niedawno przyszły na ten odcinek: 43 Dywizję Rezerwową, której 202 pułk rezerwowy bronił Hamel, i 13 Dywizję, która w lasach Vaire dopiero co zluzowała poprzedników i której artyleria jeszcze się przemieszczała. Ich kompanie, osłabione grypą, liczyły po około 50 karabinów, okopy były płytkie, a zasieki słabe. Jeńcy opowiadali czołgistom, że gdy zaczął się ostrzał, uznali go za przygotowanie do wypadu i schowali się w schronach, a zanim ostrzał ustał, w okopach stali już Australijczycy, wzywający ich do wyjścia. Żaden z przesłuchanych jeńców z pierwszej linii nie widział czołgu przed wzięciem do niewoli. Sztab 202 pułku rezerwowego dowiedział się o ataku dopiero przed 6.00, gdy obu jego wysuniętych batalionów już nie było. Z wysuniętego batalionu 15 pułku piechoty wrócił jeden oficer i dwudziestu żołnierzy oraz sztab, którego dowódca, rotmistrz von Preuschen, zostawił najlepszą niemiecką relację z bitwy: o 3.00 huraganowy ogień, kwadrans później strzelanina na przedzie, potem czołgi na rzymskiej drodze i o 5.00 piechota tuż przed sztabem.

Dowództwo 43 Dywizji Rezerwowej od razu wysłało do kontrataku batalion odwodowy z Méricourt i batalion z północnego brzegu Sommy, ale samoloty brytyjskie atakowały bombami i z karabinów maszynowych nawet pojedynczych żołnierzy na drogach i oddziały dotarły w pobliże pola bitwy dopiero przed południem. Około 22.00, po silnym ostrzale artyleryjskim, kilkuset Niemców uderzyło wzdłuż rowu łączącego na wzgórze na wschód od Hamel, które nazywali Wolfsbergiem, i odbiło około 200 metrów okopu 44 batalionu. Noc była niespokojna: Niemcy ostrzeliwali nowe stanowiska gazem musztardowym i fosgenem, co dla amerykańskich plutonów, które nie znały nawet zapachu gazu, było ciężką próbą. Cztery moździerze 11 lekkiej baterii moździerzy okopowych pod dowództwem sierżanta Distanta, dobrze zaopatrzone przez czołg transportowy, przez cały czas ostrzeliwały rów, którym szły niemieckie posiłki. O 2.00 w nocy na 5 lipca grupy granatników porucznika Gaze’a i porucznika Cornisha, wzmocnione przez żołnierzy 43 batalionu i sekcję amerykańskiego kaprala Powella, uderzyły z południa i wyparły Niemców z okopu od trawersu do trawersu. Szeregowy Lynch, „nie do powstrzymania przez całą walkę”, zginął w tłumie Niemców tuż przed ich ucieczką. Do niewoli wzięto sześciu oficerów i pięćdziesięciu żołnierzy oraz dziesięć karabinów maszynowych, a z niemieckiego schronu uwolniono jedenastu pojmanych wcześniej Australijczyków. W tej walce wyróżnił się amerykański kapral Thomas Pope, który samotnie zdobył karabin maszynowy. Później dostał brytyjski Medal Wybitnego Zachowania i amerykański Medal Honoru.

Amerykanie

Dla czterech amerykańskich kompanii ze 131 i 132 pułku piechoty, z Gwardii Narodowej Illinois, był to chrzest bojowy. Większość z nich nigdy wcześniej nie słyszała strzałów z karabinu maszynowego. Pierwsze wrażenie wojny, jak pisali porucznik Rinkliff i sierżant Gottwald, dali im noszowi niosący poprzedniej nocy rannego Australijczyka. W bitwie byli tak chętni, by nie zostać ani kroku za Australijczykami, że wbiegali we własny ogień artylerii i według australijskich relacji większość ich strat stąd się wzięła. W 43 batalionie major Lott musiał ich zawracać, a potem, gdy stanęli niepewnie, pytać, czy idą dalej. „Patrzyliśmy na linię obok nas. Kiedy oni szli, my szliśmy” – mówił jeden z Amerykanów. Australijski kapral Roach z 13 batalionu zginął, wbiegając w ogień własnej artylerii, by zawrócić amerykański pluton. Australijscy dowódcy wypowiadali się o Amerykanach z uznaniem. Pułkownik McSharry pisał, że „zachowali się wspaniale, ale za bardzo chcieli podejść do wału ogniowego, co jest częstym błędem nowych żołnierzy”, a jeden z dowódców kompanii zakończył meldunek słowami: „Żołnierze Stanów Zjednoczonych zostali zaliczeni do Diggerów”. Amerykanie stracili 176 ludzi.

Bilans dnia

Na froncie około 5,5 kilometra Australijczycy posunęli się miejscami o ponad półtora kilometra i zajęli cały grzbiet za Hamel, z którego Niemcy od kwietnia patrzyli na ich tyły. Według australijskiej historii oficjalnej straty piechoty wyniosły około 1400 ludzi, łącznie ze 176 Amerykanami i 142 żołnierzami 15 Brygady, która tego samego ranka dla odwrócenia uwagi zajęła okopy niemieckie pod Ville-sur-Ancre na północ od Sommy. Monash podawał w swoich wspomnieniach mniej niż 800 strat. Do niewoli trafiło łącznie z nocnym kontratakiem ponad 1600 Niemców, a zdobyto 177 karabinów maszynowych i 32 moździerze. Pershing dowiedział się nazajutrz, ku swojemu niezadowoleniu, że cztery jego kompanie jednak walczyły. W niedzielę 7 lipca premier Francji Georges Clemenceau przyjechał do kwatery 4 Dywizji, by osobiście podziękować Australijczykom, a sposób, w jaki przygotowano i przeprowadzono atak pod Hamel, posłużył miesiąc później za wzór natarcia pod Amiens.