- Kategoria:
- Działania zbrojne
- Front:
- Front zachodni
- Data:
- 16 kwietnia 1917
- Autor:
- Natalia
- Bitwa:
- Druga bitwa nad Aisne
- Tagi:
- Francja, Niemcy, Robert Nivelle, czołgi
16 kwietnia 1917 roku o szóstej rano, w zimny i mglisty poniedziałek, francuska piechota wyszła z okopów na froncie długości około 40 kilometrów, od Laffaux pod Soissons po Courcy pod Reims. Zaczęło się główne uderzenie ofensywy Nivelle’a, na którą Francja czekała całą zimę. Dwie armie Rezerwowej Grupy Armii generała Alfreda Michelera, 6 generała Charles’a Mangina i 5 generała Oliviera Mazela, miały jednym gwałtownym ciosem przejść cały system niemieckich umocnień na grzbiecie Chemin des Dames i na równinie nad Aisne. Wódz naczelny, generał Robert Nivelle, zapowiadał przełamanie frontu w ciągu 24, najwyżej 48 godzin. W rozkazie do żołnierzy pisał: „Nadeszła godzina! Ufności! Odwagi! Niech żyje Francja!”.
Plan na jeden dzień
Natarcie miało być szybkie jak nigdy dotąd. Za ruchomą zaporą ogniową, która przesuwała się o 100 metrów co trzy minuty, piechota miała w kilka godzin przejść pierwszą i drugą pozycję niemiecką i dotrzeć do stanowisk artylerii. 6 Armia miała jeszcze tego samego dnia przekroczyć dolinę Ailette za grzbietem, a w następnych dniach kawaleria miała wyjść na równinę wokół Laonu. Żołnierze nieśli granaty, zapas żywności i wody, niektóre oddziały nawet na kilka dni, bo nikt nie zakładał, że utkną pod grzbietem. Za liniami czekała 10 Armia, która miała wejść w wyłom.
Dowódcy, którzy mieli ten plan wykonać, nie byli go pewni. Dziesięć dni wcześniej, na naradzie w Compiègne, Micheler powiedział przy prezydencie i ministrach, że za przełamanie frontu nie ręczy, a dowódca sąsiedniej grupy armii, generał Philippe Pétain, wolałby natarcie o ograniczonych celach. Minister wojny Paul Painlevé, od marca w rządzie Ribota, nie ukrywał sceptycyzmu. Niemcy wiedzieli o ofensywie od tygodni, a 4 kwietnia zdobyli pod Sapigneul plan natarcia jednego z batalionów 5 Armii. Od kilku dni trwał też, w deszczu i śniegu, francuski ostrzał przygotowawczy. Pochmurna pogoda utrudniała obserwację i wiele niemieckich zasieków i gniazd karabinów maszynowych ocalało. Natarcie przesuwano kilka razy. Od 9 kwietnia pod Arras walczyli już Brytyjczycy, których uderzenie miało przyciągnąć niemieckie odwody.
Na stokach Chemin des Dames
Już w pierwszej godzinie było widać, że coś poszło nie tak. Niemiecka artyleria strzelała słabo, ale karabiny maszynowe, ukryte w betonowych schronach, na tylnych stokach i w wylotach podziemnych kamieniołomów, zasypały ogniem Francuzów wspinających się pod górę po rozmiękłej, zrytej pociskami ziemi. Zapora ogniowa szybko odeszła daleko przed piechotę. Z podziemnych grot, połączonych tunelami z pierwszą linią, Niemcy wychodzili na tyły nacierających. Później często cytowano zdanie deputowanego Jeana Ybarnégaraya: „Bitwa zaczęła się o szóstej, o siódmej była przegrana”.
Najciężej było w centrum, na wąskim przesmyku płaskowyżu koło folwarku Hurtebise, gdzie nacierał II Korpus Kolonialny 6 Armii. W jego pierwszej linii szły bataliony strzelców senegalskich, rekrutowanych we Francuskiej Afryce Zachodniej, które zimę spędziły w obozach na Lazurowym Wybrzeżu. Zziębnięci żołnierze, ostrzeliwani z przodu i z boków, a od tyłu atakowani przez Niemców wychodzących z groty, którą Niemcy nazywali Smoczą Jaskinią, cofnęli się po krótkiej walce. Według brytyjskiej historii oficjalnej II Korpus Kolonialny posunął się najwyżej o kilkaset metrów i po godzinie natarcie się skończyło. Lepiej poszło sąsiedniemu XX Korpusowi, którego 153 Dywizja po drugim ataku doszła do samej drogi Chemin des Dames. Na zachodnim skrzydle, pod Laffaux, Francuzi wdarli się w niemieckie umocnienia ledwie na kilkaset metrów.
Czołgi pod Berry-au-Bac
Na wschód od grzbietu, na płaskiej równinie na północ od Aisne, natarcie 5 Armii początkowo szło dobrze. Tu po raz pierwszy do boju weszły francuskie czołgi. Było ich około 130, wszystkie typu Schneider CA1: ciężkie, powolne, z niezbyt grubym pancerzem i zbiornikami paliwa umieszczonymi z boku. Twórca francuskiej broni pancernej, generał Jean-Baptiste Estienne, uważał, że ich użycie jest przedwczesne, ale Nivelle nalegał. Zgrupowanie komendanta Louisa Bossuta, około 80 wozów, miało wesprzeć XXXII Korpus między Aisne a strumieniem Miette i przeprowadzić piechotę przez trzecią pozycję niemiecką. Bossut, kawalerzysta, który pisał bratu, że czołg to „koń, na którym się szarżuje”, prowadził atak osobiście.
Czołgi przyszły jednak za późno. Piechota, przerzedzona i zmęczona, nie mogła za nimi nadążyć, a niemiecka artyleria brała wozy na cel jeden po drugim. Około 9.30 Bossut wysłał gołębiem pocztowym meldunek, że zatrzymały go leje po pociskach przed drugą pozycją niemiecką. Część czołgów przedarła się jeszcze w okolice Juvincourt i Guignicourt, ale sam Bossut zginął pod Berry-au-Bac, a resztki zgrupowania wycofały się po południu. Brytyjska historia oficjalna zauważa przy tym, że czołgi przez kilka godzin panowały nad polem walki daleko przed piechotą i pomogły odeprzeć silny niemiecki kontratak. Gorzej skończyło się drugie zgrupowanie, komendanta Chaubèsa, 48 czołgów. Wyruszyło z lasu Beau Marais na oczach niemieckich obserwatorów na wzgórzach Craonne. Według Fallsa 23 wozy zniszczono jeszcze przed francuskimi liniami, a wieczorem do lasu wróciło tylko około dziesięciu. Według francuskich zestawień ze wszystkich czołgów, które weszły do walki, 57 zostało zniszczonych, a kilkadziesiąt ugrzęzło lub się zepsuło. Załogi straciły około 180 ludzi.
Piechota 5 Armii między Aisne a Miette, 42 i 69 Dywizja, doszła do drugiej pozycji niemieckiej i posunęła się o około 4 kilometry. Na prawym skrzydle armii rosyjska 1 Brygada zdobyła wieś Courcy, ale dalej, nad kanałem Aisne–Marna, natarcie stanęło. Na południe od Aisne atak w większości się załamał, a Niemcy, którzy nie musieli się tu obawiać Francuzów, mogli ostrzeliwać z boku sąsiednie dywizje i czołgi.
Wieczór
Po południu zaczął padać śnieg. Pierwszy komunikat francuski, wydany o czternastej, mówił jedynie o „niezwykle gwałtownej walce artylerii” między Soissons a Reims. Wieczorem Francuzi w większości miejsc trzymali tylko pierwszą linię niemieckich okopów, a nawet tam, gdzie zaszli najdalej, nie osiągnęli celów wyznaczonych na 9.30 rano. Do niewoli wzięli ponad 10 tysięcy Niemców, ale dział zdobyli niewiele, bo Niemcy zawczasu wycofali wysunięte baterie. Straty były bardzo ciężkie i według Fallsa mało która dywizja była zdolna do kolejnego poważnego wysiłku. Przytłoczone służby sanitarne nie nadążały z ewakuacją rannych, którzy całymi tłumami czekali za linią frontu.
Nivelle nie zrezygnował. Uważając, że Niemcy będą się bronić za wszelką cenę przed 6 Armią, kazał 5 Armii następnego dnia nacierać dalej na północny wschód, tam gdzie zaszła najdalej. Na 17 kwietnia zaplanowano też natarcie 4 Armii na wzgórza na wschód od Reims. W kolejnych dniach Francuzi zdobyli jeszcze sporo terenu, ale obiecanego przełomu nie było. Pierwszy dzień ofensywy przeszedł do historii jako jeden z najczarniejszych dni armii francuskiej, a nazwa Chemin des Dames stała się we Francji symbolem bezsensownej rzezi.